03 lis 2023 - 13:42:25
Podsumowanie wyprawy na Nanga Parbat 2023

Wyprawa na Nanga Parbat trwała miesiąc, 6 czerwca wyleciałem z kraju, a 6 lipca zeszliśmy z bazy. Pod samą górą byłem 26 dni.

Pierwszą część aklimatyzacji brutalnie zachwiało zatrucie, które kompletnie wyłączyło mnie z działalności. W sumie na pełne odzyskanie sił straciłem około tygodnia. Potem aż do wypadku w czasie ataku szczytowego działałem w tradycyjny sposób - aklimatyzowałem się nosząc zaopatrzenie do kolejnych obozów.
Mój wyjazd na Nangę nie był wyprawą zorganizowaną, dołączyłem do pozwolenia i miejsca w bazie agencji Lela Peak Expedition, którą dograł Piotrek Krzyżowski. Z tego samego pozwolenia korzystało jeszcze pięciu Polaków, a także Litwin, Ukrainiec, Amerykanka i Peruwianka. Bazę dzieliliśmy wspólnie, natomiast w górach
każdy miał działać mniej lub bardziej na własną rękę. Nie znałem nikogo oprócz Piotrka. W trakcie pierwszych dni dogadaliśmy się wstępnie odnośnie dzielenia namiotów w obozach wysuniętych i zsynchronizowania wyjścia w trakcie ataku szczytowego oraz wyczekania drugiego okna pogodowego. W pierwszym wychodzić na szczyt mieli klienci różnych agencji, którzy działali na tlenie i z pomocą szerpów wysokościowych.
Naturalnie ułożyło się tak, że najczęściej działałem z pięcioma uczestnikami: Piotrkiem, Pawłem, Mariuszem, Łukaszem i Waldkiem. Ruszaliśmy razem, ale do kolejnego obozu każdy dochodził w swoim czasie. Gdy szedłem bez sprzętu ( deska snowboardowa itp ), zazwyczaj docierałem do obozów dość szybko.

Już pierwsze dni na stokach Nangi uświadomiły mi, że zjazd z tej góry w ciągu może nie być możliwy – strome, około 50-stopniowe stoki pokryte były lodem i przypominającym beton śniegiem. Zjazd na jednej krawędzi snowboardu byłby jak Rosyjska ruletka. Dopiero powyżej III obozu teren się wypłaszczał, a śniegi stawały sensowne do jazdy. Deskę wraz z całym sprzętem wyniosłem do obozu II 21 czerwca, buty zostawiłem na dole na docelowy atak szczytowy. Tylko raz szedłem w butach snowboardowych i wiedziałem, że techniczne wspinanie jest w nich możliwe, ale są bardzo zimne. Stopy dużo lepiej były chronione w butach wysokogórskich i to w tych butach działałem przez większość czasu. W międzyczasie nie miałem okazji w ogóle pojeździć. Plan miałem taki, że dopiero sam atak szczytowy zrobię w butach do jazdy i idąc na atak szczytowy zgarnę deskę z obozu II. Niestety, wszystkie plany wzięły w łeb.

W trakcie aklimatyzacji doszedłem na wysokość około 6850, zostawiliśmy namioty i depozyty w trzech obozach. Po pierwszych dwóch tygodniach średniego samopoczucia, zacząłem czuć się dobrze, a czas podejścia między obozami skróciłem o połowę. Wiedziałem, że jestem dobrze przygotowany i zaaklimatyzowany a szybkość wspinania i podchodzenia znacznie się poprawiły. Żmudne dreptanie po śniegu tak podobno typowe dla wielu ośmiotysięczników, tu nie miało miejsca. Do III było cały czas stromo, dopiero powyżej było technicznie łatwiej, choć tam z kolei wysokość i odległość (długi trawers powyżej 7400) miały się dawać we znaki.
Najtrudniejszym technicznie fragmentem była ściana Kinshofera, około 100-metrowa skalna bariera, o trudnościach wspinaczkowych do V. Wisiały na niej liny poręczowe, ale trzeba się było też wspinać. Ze względu na skały zjazd na desce tędy był oczywiście niemożliwy, miałem więc w planie szukanie drogi alternatywnej, ale warunki na drodze obok i brak partnera wyłączyły tą opcję dość szybko.

Sama ścianę Kinshofera przeszedłem 2 razy w górę i w dół i za trzecim razem właśnie tam poleciał kamień i uderzył mnie w udo. Przez godzinę nie mogłem nawet stać na nodze dopóki silne leki przeciwbólowe nie zaczeły działać i zacząłem zjeżdżać na linie poręczowej do obozu I i musiałem przerwać atak
szczytowy zanim tak naprawdę go zacząłem. 30 czerwca wróciłem do bazy przy pomocy Adirana ( filmowca ), podczas gdy koledzy kontynuowali wyjście w kierunku szczytu.

Potrzebowałem kilku dni na doprowadzenie nogi do stanu używalności, niestety wiedziałem że okno pogodowe 2 lipca jest poza moim zasięgiem. Planowałem powrót w górę gdy koledzy zejdą, ale wtedy nastąpił tragiczny splot okoliczności. Na szczyt Nanga Parbat 2 lipca weszli kolejno Piotrek Krzyżowski, Paweł Kopeć i Waldek Kowalewski oraz kilku innych wspinaczy. W próbie ataku udział brali także Mariusz i Jarek, ale w kluczowym dniu niewystarczająca aklimatyzacja zatrzymała obu w okolicach 7400m. Jarek wrócił do III, Mariusz aż do nocy 2 lipca błądził w okolicy namiotów obozu IV. Ze względu na brak czasu i pogody, nikt z polskiej ekipy nie założył obozu IV, wszyscy postanowili ruszyć na szczyt od razu z III licząc na przetartą drogę przez „tlenowców”, którzy mieli iść przed nimi.
Ze szczytu każdy ze zdobywców schodził sam, Piotrek pierwszy, potem Paweł i Waldek, który na szczycie był najpóźniej. W trakcie zejścia Waldek dogonił Pawła i gdy zorientował się, że Paweł traci zarówno siły jak i orientację, przez kilka godzin schodził razem z nim i asekurował go na linie.

Po około 4-5 godzinach Paweł osłabł na tyle, że nie był już w stanie iść. Nie pomagały prośby i groźby, Paweł usiadł na śniegu i nie miał już siły wstać. Wtedy Waldek zdecydował się na zejście i wezwanie pomocy z obozu III a także zorganizowanie butli z tlenem dla Pawła. Międzyczasie skontaktowałem sie z bazy z Piotrkiem który był juz w III a ten namówił Szerpę na wyjście do góry z potrzebną butlą. Niestety włoski alpinista nie wyraził zgody na pomoc swojego Szerpy!! Poprzez radio bezskutecznie prosiłem Litwińca oraz Ukrainca którzy byli w tym czasie w obozie IV o pomoc dla Pawła który umierał około 200m w lini prostej od ich namiotu!! W końcu po pewnym czasie wspomnieni wyżej wspinacze wyszli i znaleźli Pawła wpiętego do liny poręczowej. Około 3.20 zmarł im na rękach. Paweł został na zawsze na stokach Nangi...

Następnego dnia do bazy zszedł Piotrek i Waldek. Jarek i Mariusz w złym stanie, z pierwszymi odmrożeniami, zaczęli walkę o zejście niżej. Pogoda bardzo się pogorszyła, na tyle że helikopter z ewentualną pomocą nie mógł wylecieć powyżej bazy. Kolejnego dnia Jarek zszedł do obozu I, a ja i Adrian wyszedłem mu naprzeciw i razem zeszliśmy przez lodowiec. 5 lipca do jedynki zszedł Mariusz i ponownie wyszedłem mu naprzeciw. 6 lipca agencja zdecydowała o zwinięciu bazy z powodu braku perspektyw na szybka poprawę pogody i wszyscy musieliśmy ruszyć w drogę do Islamabadu. Odmrożenia Mariusza były na tyle poważne, że musiał szybko wrócić do Polski i rozpocząć leczenie.
Nie tak wyobrażałem sobie działalność w Himalajach ale z pewnością nie porzucę planów na góry wysokie. Kiełkują mi w głowie różne pomysły, bo i umiejętności i dobre znoszenie wysokości są. Najbardziej brakuje podobnego do mnie partnera.

Jeszcze raz chciałbym podziękować wszystkim, którzy wierzyli w tą wyprawę: osobom po prostu dodającym otuchy, wspierającym projekt w serwisie Zrzutka oraz przede wszystkim czterem sponsorom, bez których nie ruszyłbym na Nanga Parbat: Inprogress - sukces w zarządzaniu , Dindecor Sp z o.o. , decha i Crusoe Apartament Zakopane.
Do zobaczenia następnym razem.
Ali

Link do folderu z większa ilością zdjęć:
[photos.app.goo.gl]
Podziel się:
Temat Autor Wysłane

» Nanga Parbat na desce

Troskliwy_Miś2 03 lis 2023 - 13:42:25

Re: Nanga Parbat na desce

tar 16 lis 2023 - 12:45:30

Re: Nanga Parbat na desce

Troskliwy_Miś2 16 lis 2023 - 13:34:38



Przykro nam, ale tylko zarejestrowane osoby mogą pisać na tym forum.

Kliknij żeby zalogować