Komercjalizacja emocji i estetyzacja cierpienia w celach marketingowych. To wyjątkowo cyniczny produkt storytellingu. Z jednej strony film sprawia wrażenie szczerej, artystycznej wypowiedzi opartej na osobistych doświadczeniach, z drugiej to świadomie wykreowana produkcja marketingowa marki premium.
Wzbudzane emocje przekładają się na emocjonalne przywiązanie do marki, a film prezentuje określony styl życia, świadomy, głęboki, związany z przyrodą, ryzykiem i autentycznością, a więc wartościami, które marka pragnie sobie cynicznie przygarnąć.
Troskliwie, przekroczono cienką granicę między autentycznością, a narzędziem marketingowym. Reklama bazująca na emocjach niewiele różni się od tej, która opiera się na uprzedmiotowieniu kobiecego ciała. W obu przypadkach człowiek staje się instrumentalnym środkiem do celu.
Osobiste przeżycia stały się narzędziem budowania wizerunku. Emocje towarem opakowanym w estetyczne ujęcia, muzykę i poetycką narrację. Głębia, refleksja i prawdziwość wzmacniają markę poprzez skojarzenia, angażując emocjonalnie, tak by nie tylko zapamiętać, ale również poczuć więź.
W filmie nie pada ani jedno słowo o produktach Arc'teryx, choć bije po gałach „nie sprzedajemy produktów, sprzedajemy wartości”.
Mysza, w jakim celu ten shit nam pociskasz?
Troskliwie upraszam o redakcyjną wzmiankę dotycząca produkcji w Wietnamie i w Chinach oraz stosowania chemikaliów PFC. Żerowania na emocjach i dostępności wyłącznie dla ludzi zamożnych, co wzmacniania społeczne nierówności i promuje elitaryzm. Oznaczenia jako komercyjne.
Refleksja nieśmiałego dziecka, które ma szczególną relację z naturą. Nastolatka, który cudem przeżył, ale stracił najlepszego przyjaciela. Młodego człowieka, starającego się zrozumieć innych. Musi zaakceptować fakt, że życie to ciągłe żegnanie tego, co się kocha, ale też cieszenie się dobrem, pięknem natury i chwilą. To poetycka oda do tego, co nieuniknione i ulotne.
Za przeproszeniem, albo oglądaliśmy inny film, albo pierdolisz jak potłuczony.